wtorek, 15 lutego 2011

15.02 - Filipiny - wycieczka na wulkan





Wstaliśmy o 6:00 i pojechalismy jeepnejem do dworca autobusowego...którego nie znaleźliśmy;) Błądzilismy troszkę po okolicy  z plecakami kierowani ochoczymi i sprzecznymi informacjami tubylców. W końcu decydujemy sie wziąść taxówkę - zdezelowana toyota wiezie nas w inny koniec miasta a taksiarz z ochotą negockuje warunki by zawieźć nas na miejsce czyli do Tagaytay. Przekonuje nas i po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu (przeżywając po drodze tragiczne korki, zepsucie się klimy a potem radia w naszym wystrzałowym wozie). Tu w obstawie miejscowych tricykli jedziemy szukać hostelu. Znajdujemy całkiem fajny za 800PHP od pokoju z łazienką - jest ciepla woda! dlaczego? bo jest zimno;). Jakiś specyficzny mikroklimat. Tricyklarze przejmują nas i najpierw wiozą na filipińskie jedzonko a potem do oddalonego o kilkanascie kilometrów jeziora z którego wyrasta wulkan. M. siedzi w przyczepie ja usadowilam się na siedzeniu za kierowcą ale, ku mojemu niebywałemu zdziwieniu, na siodełko za mną wpakowal się trzeci filipińczyk - teoretycznie szefunio. Tak ściśnięki ,ja na siodelku - M. poskładany na pół w przyczepce dojechaliśmy do Talisay. Tu Szefuniu załatwil łódź i popłynęlismy w kierunku wulkanu. Na początku myślelismy, ze kamizelki to pic na wodę ale jak zaczęło nami rzucac szybko zawiązaliśmy je na wszystkie sznureczki. Do brzegu dotarliśmy nieco ochlapani ale temperatura przekraczała 30 stopni więc było to nawet przyjemne. Zaproponowano nam wwiezienie na górę na konikach. Koniki były wzrostu siedzącego psa i prawdopodobnie oralibyśmy kolanami po ziemi by jakoś na nich usiąść. Dla najwyższego kolegi prawdopodobnie wygodniejszym rozwiązaniem byłoby nieść konika;). Weszlismy na wulkan bo jakiejś godzinie pyłu i pieknych widoków. Na szycie przywitało nas jeziorko w kraterze i parujące skały. Wypiliśmy po kokosie, jeszcze raz ruciliśmy okiem na piękne widoki i zeszliśmy do przystani. Słabo jakoś bo lawy nie było;)) W powrotnej drodze fale były bardzo duże a my calutcy przemoczeni dotarliśmy do brzegu. Okazalo się jednak, ze pod górę jeżdżą tylko jeepneje z sąsiedniej miejscowości. Dotarliśmy tam zdezelowanymi trycyklami i w skwarze czekaliśmy na powrót do hotelu. Na górze bylo zimno, do hotelu wracałam w kurtce i opatulona w chustę - odchorowałam to nocną gorączką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz