Przylatujemy ok 1:00 w nocy i przesypiamy na krzesełkach do 6:00 rano. Plecaki zamykamy w wielkiej szafce ( 80 HK$ )i wybieramy się na miacho;). Zapłaciliśmy 55 HK$ za kolejkę z lotniska a potem 55 HK$ za całodzienny bilet na metro. Docieramy do Kowloon i spędzamy czas. Najpierw w licznych i niesamowitych muzeach - potem na straganach gdzie do wieczora targujemy zakupy. Z trudnością zdążyliśmy na końcówkę pokazu świateł na Aleji Gwiazd. Oświetlenie wieżowców plus lasery tworzą niesamowite widowisko światła i dźwięku. W końcu wracamy na lotnisko by ruszyć do domu;).
niedziela, 27 lutego 2011
sobota, 26 lutego 2011
26.02 - Filipiny -Manila
Wstaliśmy pół przytomni o 10:00. Zostawiliśmy plecaki w hotelu i jedziemy jipneejem do Chinatown (8 PHP). jemy pyszną zupkę z pierożkami w knajpce gdzie obsługi jest więcej niż gości;) (100PHP).
Następnie udajemy się na targ by zrobić ostatnie zakupy np. z elektroniki. Targowanie z Filipińczykami to czysta przyjemność i nie ma się co przywiązywać do jednego sprzedawcy bo zazwyczaj okazuje się, że następny ma to samo za pół ceny np. słuchawki do komórki za 7 zł.
Zmęczeni idziemy na kawę do Mc'a bo tu na pewno dostaniemy normalną;) - klima tez jest kusząca.
Jemy przekąski na ulicy (kurczaczki, jajeczka itp.) a potem zabieramy plecaki i jedziemy na lotnisko. Taxówka kosztuje 180 PHP. Płacimy lotniskowe 750 PHP obowiązkowe przy wyjeździe z Filipin. Cała odprawa nieco się ciągnie ale nie ma niespodzianek. Wskakujemy do samolotu i padamy jak kawki;).
Następnie udajemy się na targ by zrobić ostatnie zakupy np. z elektroniki. Targowanie z Filipińczykami to czysta przyjemność i nie ma się co przywiązywać do jednego sprzedawcy bo zazwyczaj okazuje się, że następny ma to samo za pół ceny np. słuchawki do komórki za 7 zł.
Zmęczeni idziemy na kawę do Mc'a bo tu na pewno dostaniemy normalną;) - klima tez jest kusząca.
Jemy przekąski na ulicy (kurczaczki, jajeczka itp.) a potem zabieramy plecaki i jedziemy na lotnisko. Taxówka kosztuje 180 PHP. Płacimy lotniskowe 750 PHP obowiązkowe przy wyjeździe z Filipin. Cała odprawa nieco się ciągnie ale nie ma niespodzianek. Wskakujemy do samolotu i padamy jak kawki;).
piątek, 25 lutego 2011
25.02 - Filipiny -Bontog
Rano jemy cudowne śniadanie z pyszną, tutejszą kawą - w końcu normalna kawa!!!;))). W smaku interesująca - nie tak klarowna do jakiej przywykliśmy, ani tak kwaśna jak lubimy w Polsce;)). Ja czuję w niej jakąś sugestię tutejszego pyłu i wilgoci - naprawdę specyficzna;).
Ostatni rzut oka na miasteczko i ładujemy się do wypełnionego po brzegi jeepneja. Godzinę tłukliśmy się w kurzu do Bontog. Mamy czas do 15:30 więc zwiedzamy miasteczko i trafiamy do muzeum łowców głów - naprawdę ciekawe z prowizoryczną wioską w ogrodzie muzeum.
Ludzi nie jedli ale głowy zbierali jako trofea;).
Autobus już czekał (650 PHP) i zaczęła się długa podróż do Manili. Ciepło nie było ale nie tak mroźno jak w liniach Floryda. W nocy 2:00 dotarliśmy do Manili , dobiliśmy zbyt zaspani by zorientować się w lokalizacji. Złapaliśmy taxówkę , która zawiozła nas do naszego poprzedniego pensjonatu. Tym razem zadbaliśmy o taxometr by nie niszczyć sobie nerwów (120 PHP). Niestety, jest święto narodowe i wszystko jest zajęte. chodzimy po okolicy szukając wolnych pokoi w końcu znajdujemy bardzo fajną czwórkę z łazienką i nieograniczoną ilością gorącej wody. Chłopcy idą od razu spać ja za to odmakam. Klima jest dziwna jest mi przy niej słabo. zasypiam zmęczona ale czysta;).
Ostatni rzut oka na miasteczko i ładujemy się do wypełnionego po brzegi jeepneja. Godzinę tłukliśmy się w kurzu do Bontog. Mamy czas do 15:30 więc zwiedzamy miasteczko i trafiamy do muzeum łowców głów - naprawdę ciekawe z prowizoryczną wioską w ogrodzie muzeum.
Ludzi nie jedli ale głowy zbierali jako trofea;).
Autobus już czekał (650 PHP) i zaczęła się długa podróż do Manili. Ciepło nie było ale nie tak mroźno jak w liniach Floryda. W nocy 2:00 dotarliśmy do Manili , dobiliśmy zbyt zaspani by zorientować się w lokalizacji. Złapaliśmy taxówkę , która zawiozła nas do naszego poprzedniego pensjonatu. Tym razem zadbaliśmy o taxometr by nie niszczyć sobie nerwów (120 PHP). Niestety, jest święto narodowe i wszystko jest zajęte. chodzimy po okolicy szukając wolnych pokoi w końcu znajdujemy bardzo fajną czwórkę z łazienką i nieograniczoną ilością gorącej wody. Chłopcy idą od razu spać ja za to odmakam. Klima jest dziwna jest mi przy niej słabo. zasypiam zmęczona ale czysta;).
czwartek, 24 lutego 2011
24.02 - Filipiny - Sagada
Wstajemy rano i jemy kontynentalne śniadanko w hoteliku. Atmosfera jest miła i serdeczna. Właścicielka lokalu umawia nas właściwie pod drzwiami z kierowca jeepneya Michaela i tak stajemy się nieświadomie 'gośćmi Michaela';). W drodze zatrzymywaliśmy się trzy razy na punktach widokowych i zakupach a nawet na przekąskę ( tu miejscowi rzucili się na baluty my pozostaliśmy przy ryżowych plackach ;). Pogoda była piękna, słoneczna i robiło się coraz cieplej. Jechaliśmy z bardzo miłymi Filipińczykami, którzy zaproponowali nam nie tylko szukanie wspólnego noclegu ale dodatkowo wspólną wycieczkę z przewodnikiem;). Docieramy do Sagady zakurzeni w okolicach południa i lokujemy się , po krótkim wybieraniu, w niebieskim hotelu w centrum (cenę zbijamy do 400PHP za dwuosobowy pokój). Jest gorąca woda !!! (jak się okazuje wody starcza na szybkie zmoczenie więc każdy przezywa niespodziankę namydliwszy się pod prysznicem;). Rejestrujemy się w centrum miasteczka (taki obowiązek 50 PHP od głowy;). Para, która z nami jechała zdążyła już zorganizować przewodnika (1000 PHP/ 9 osób) więc tuż po 2:00 szliśmy już w dół miejscowości.
Najpierw pojawiły się pierwsze wiszące trumny a przewodnik z humorem opowiadał o historii animistów na tych terenach (teraz stanowią zaledwie 1% społeczności). Ciała nie mogły być grzebane ponieważ wierzono, iż utrudnia to odejście duszy do zaświatów ta zaś zostając psoci rodzinie;).
Dzięki takim praktyką i lokalnemu klimatowi ciała mumifikowały się bez żadnych dodatkowych starań mieszkańców. Podobno każdy przed śmiercią mógł sobie wybrać miejsce gdzie chciałby być 'zawieszony' dzięki temu na wiszące trumny można się dziś natknąć wszędzie w okolicy.
Zaraz za miejscowością natknęliśmy się na stertę trumien rzuconą w dole wnęki skalnej ... Okazało się, że to trumny kobiet, które umarły w połogu. Przez społeczność były uznawane za nieczyste więc chowano je poza miejscowością...
Dalej rozpościerały się piękne pola ryżowe i pojawiły pojedyncze jaskinie. Do dwóch z nich wybraliśmy się na wycieczki. Było niezwykle;). Najpierw śliskie skały i guano nietoperzy dosłownie wszędzie. Dalej ściągnęliśmy buty i na boso chodziliśmy po stromych skałach wapiennych o fakturze pumeksu. Za oświetlenie służyła nam jedynie gazowa lampa przewodnika. Zejścia były trudne, czasami nawet schodziliśmy po głowie przewodnika;). Finalnie, dzięki jego uprzejmości, można się było wykąpać w skalnym stawiku w środku groty.
Wróciliśmy po siedemnastej więc jednomyślnie zaczęliśmy szukać jedzenia. Niedaleko znajdowała się koreańska knajpka reggae. Pyszny makaron z warzywami, na który czekaliśmy długo ale było warto;). Atmosfera luźna jak to w reggae knajpce;). Wychodząc usłyszeliśmy bębny i skuszeni poszukaliśmy drogi do muzyki;). Było ciężko, schody gdzieś ginęły weszliśmy w dziwny ogród i wyszliśmy w przykościelnym hoteliku. Tu okazało się, ze właśnie dzisiejszego wieczoru jest konkurs górskich etnicznych kapel . Fajna atmosfera - naprawdę ciekawa muzyka -cudownie. Niestety w końcu do mikrofonu dorwał się jakiś lokalny polityk i przemawiał tak długo, ze nas uśpił i wróciliśmy do hotelu. Tu rozłożyliśmy się w saloniku z owocami i rozgrzewającym ryżowym winem;). Przy wiadomościach z Libii zakończyliśmy dzień;)...
Najpierw pojawiły się pierwsze wiszące trumny a przewodnik z humorem opowiadał o historii animistów na tych terenach (teraz stanowią zaledwie 1% społeczności). Ciała nie mogły być grzebane ponieważ wierzono, iż utrudnia to odejście duszy do zaświatów ta zaś zostając psoci rodzinie;).
Dzięki takim praktyką i lokalnemu klimatowi ciała mumifikowały się bez żadnych dodatkowych starań mieszkańców. Podobno każdy przed śmiercią mógł sobie wybrać miejsce gdzie chciałby być 'zawieszony' dzięki temu na wiszące trumny można się dziś natknąć wszędzie w okolicy.
Zaraz za miejscowością natknęliśmy się na stertę trumien rzuconą w dole wnęki skalnej ... Okazało się, że to trumny kobiet, które umarły w połogu. Przez społeczność były uznawane za nieczyste więc chowano je poza miejscowością...
Dalej rozpościerały się piękne pola ryżowe i pojawiły pojedyncze jaskinie. Do dwóch z nich wybraliśmy się na wycieczki. Było niezwykle;). Najpierw śliskie skały i guano nietoperzy dosłownie wszędzie. Dalej ściągnęliśmy buty i na boso chodziliśmy po stromych skałach wapiennych o fakturze pumeksu. Za oświetlenie służyła nam jedynie gazowa lampa przewodnika. Zejścia były trudne, czasami nawet schodziliśmy po głowie przewodnika;). Finalnie, dzięki jego uprzejmości, można się było wykąpać w skalnym stawiku w środku groty.
Wróciliśmy po siedemnastej więc jednomyślnie zaczęliśmy szukać jedzenia. Niedaleko znajdowała się koreańska knajpka reggae. Pyszny makaron z warzywami, na który czekaliśmy długo ale było warto;). Atmosfera luźna jak to w reggae knajpce;). Wychodząc usłyszeliśmy bębny i skuszeni poszukaliśmy drogi do muzyki;). Było ciężko, schody gdzieś ginęły weszliśmy w dziwny ogród i wyszliśmy w przykościelnym hoteliku. Tu okazało się, ze właśnie dzisiejszego wieczoru jest konkurs górskich etnicznych kapel . Fajna atmosfera - naprawdę ciekawa muzyka -cudownie. Niestety w końcu do mikrofonu dorwał się jakiś lokalny polityk i przemawiał tak długo, ze nas uśpił i wróciliśmy do hotelu. Tu rozłożyliśmy się w saloniku z owocami i rozgrzewającym ryżowym winem;). Przy wiadomościach z Libii zakończyliśmy dzień;)...
środa, 23 lutego 2011
23.02 - Filipiny - Banaue & Batad
Przybywamy o wschodzie słońca czyli o 6:00. Jemy śniadanie w jakiejś restauracyjce w centrum ( za oknem rozpościerają się 1000 letnie tarasy) i znajdujemy przytulny nocleg w hoteliku niedaleko postoju autobusów. Jak się później okazuje woda jest tylko zimna i dodatkowo z beczki;). Zaopiekował się już nami jakiś kierowca trycykla, który wiezie nas pod przełęcz w górach.(600PHP). Podejście jest długie ale nietrudne. Na przełęczy zaopatrujemy się w kije i przewodnika Mojżesza - mądry i fajny mężczyzna z wioski Batad. Teraz rozpoczyna się trudna wędrówka w stronę wodospadu. kamienne schody są wysokie i często wąskie. Ledwo dajemy radę wspiąć się pod górę a na dole do 16:00 czekają na nas trycykle. Na szczęście udaje się mi i Marcinowi wrócić przed 16:00. Widoki były przepiękne a skala założenia trudna do ogarnięcia...Po powrocie w Banaue kupujemy pamiątki rękodzielnicze tutejszych górali - naprawdę piękne. Wieczorem zapijamy owoce ryżowym winem i padamy styrani wędrówką;).
wtorek, 22 lutego 2011
22.02 - Filipiny - podróż na północ
Rano ćwiczę jogę w atrium ku uciesze obsługi;). Kiedy wstają chłopcy jemy śniadanko i ruszamy na lotnisko. Terminal jest naprawdę mały a w poczekalni gra zespół perkusyjno - gitarowy śpiewając znane i tutejsze kawałki. Podoba mi się;) Wsiadamy do małego samolotu filipińskich linii gdzie wszyscy stewardzi są ubrani w polówki i krótkie spodenki. Lądując w Manili rozpoczynamy poszukiwania dworca autobusowego i to, pomimo ogromnej pomocy obsługi, zajmuje nam pół dnia. Okazuje się, że każda linia autobusowa ma swój dworzec ale do różnych regionów mogą wyjeżdżać jeszcze z innego dworca. W końcu trafiamy na odpowiedni dworzec różowych autobusów linii Floryda i wieczorem ruszamy na północ. bilet kosztował 500PHP a w autobusie była klima przełączana z zimnej na bardzo zimną. Na postojach ludzie opatulali się we wszystko co mieli w plecakach - co bardziej zdesperowani kupowali koce. To była ciężka noc bo w chłodzie i niewygodzie weestom puszczały nerwy - Filipińczycy byli jak zwykle akceptujący sytuację;)
poniedziałek, 21 lutego 2011
21.02 - Filipiny - Czekoladowe Wzgórza i Tarsiery
Rozpoczęliśmy dzień śniadaniem w atrium pensjonatu...z kawą!...rozpuszczalną ;( Wypoczęci wskoczyliśmy na wypożyczone motory ( 335PHP + benzyna 170 PHP) i wyruszyliśmy zwiedzać południe wyspy.
Pierwszy przystanek - rezerwat tarsierów - małe małpeczki, choć szaleją głównie nocą, oczarowały nas kompletnie. Wyglądały jak małe gremlinki a przewodnik wprowadził nas w szczegóły ich zycia - świetne miejsce.
Następnie trafilismy do rezerwatu motyli i tu rozgadany przewonik opowiedział nam ze szczegółami o życiu, kopulacji, fazach rozwoju itp. motylego zycia - było zadziwiajaco interesująco;)))
Teraz długa i zawiła droga do Czekoladowych Wzgórz - ukazały się naszym oczom wielkie kopce kretów, które o zgrozo! jeszcze nie były brązowe - za szybko o jakiś miesiąc! a niech to! Między pagórkami ścieliły się pola ryżowe. Z tarasu widokowego - udekorowanego jak mały disneyland - można zrobić piękne zdjęcia (najlepiej każde w tej samej pozie patrząc na turystów;)))
Tyłki już nas troszkę bolały ale zdecydowaliśmy, że nie odpuścimy i zdobędziemy jeszcze białe plaże. Okupiliśmy to wyboistymi drogami i bardzo nadwyrężonymi dolnymi częściami pleców. Plaża jednak była wspaniała, piasek jedwabisty i wszędzie leżały białe muszle i korale. Co więcej - jakieś dwieście metrów od brzegu , zanurzając głowę , można było oglądać rafę koralową!
Wracając mieliśmy kolejną przygodę. W motorze chłopaków zabrakło paliwa. Jeden z nich skoczył do pobliskiego spożywczego i zakupił dwa litry benzyny w butelce po coca coli , transportując to za paskiem swoich spodni;))). Butelkę zwróciliśmy;)
Do miasta dotarliśmy już po zachodzie słońca czyli po 18:00 - wykończeni zjedliśmy jeszcze kolację w porcie ( Kolega próbował słynnego baluta;) zasnęliśmy snem kamiennym i szczęśliwym;)
sobota, 19 lutego 2011
20.02 - Filipiny - Cebu - Bohol
Dobijamy do Cebu. Pada deszcz ale jest gorąco. Postanawiamy ruszyć w śmierdzące miasto. Zrzuciliśmy plecaki przy bazylice Dzieciątka Jezus - tu chyba każda msza ma oprawę naszego odpustu - z budkami i pamiątkami... XVIII-sto wieczny kościół został w ostatnich czasach rozbudowany o trzy-poziomową widownie zewnętrzną, telebim i ogromny ołtarz.
Oglądnęliśmy jeszcze katedrę i wskoczyliśmy na katamaran o 12:30 (560PHP) bukując jednocześnie powrotne bilety lotnicze do Manili ( 1795 PHP). Katamaran był luksusowy a film nie był z Angeliną! Po drodze oglądaliśmy małe latające ryby. Na miejscu byliśmy po drugiej i już w porcie wyspa nas oczarowała.
Szybko znaleźliśmy prześliczny pensjonat - Traveller's Inn i poszliśmy zwiedzać miasto. nie było tu nic wyjątkowego poza atmosferą i ludźmi weselszymi, przyjaznymi i czystszymi;) Zjedliśmy tez duriana-wcale bardzo nie śmierdział... W naszym hotelu mieszkają jeszcze mili Czesi i starzy Anglicy, którzy przybyli tu na młode Filipinki...
Oglądnęliśmy jeszcze katedrę i wskoczyliśmy na katamaran o 12:30 (560PHP) bukując jednocześnie powrotne bilety lotnicze do Manili ( 1795 PHP). Katamaran był luksusowy a film nie był z Angeliną! Po drodze oglądaliśmy małe latające ryby. Na miejscu byliśmy po drugiej i już w porcie wyspa nas oczarowała.
Szybko znaleźliśmy prześliczny pensjonat - Traveller's Inn i poszliśmy zwiedzać miasto. nie było tu nic wyjątkowego poza atmosferą i ludźmi weselszymi, przyjaznymi i czystszymi;) Zjedliśmy tez duriana-wcale bardzo nie śmierdział... W naszym hotelu mieszkają jeszcze mili Czesi i starzy Anglicy, którzy przybyli tu na młode Filipinki...
19.02 - Filipiny-droga na Bohol
Wstaliśmy o 6:00 bo czeka nas dzień podróży:
Trycykl - 30 PHP
Jeepnej - 60PHP
Autobus do Alibag - 80 PHP i film z Angelina J.
kolejny Jeepnej do Matnog
12:00 złapaliśmy prom -315 PHP - dwa filmy z Angeliną J.
Dobiliśmy do brzegu i tu złapaliśmy od razu bardzo pełnego jeepneja.
Po 17:00 przybiliśmy do C...ech ta pamięć do nazw...
Prom na Cebu wypływał o 19:30 (690 PHP) więc zdążyliśmy zająć prycze i coś zjeść na mieście .
Płynęliśmy do 6:00 rano kołysani na falach więc spało się wybornie ;))
Trycykl - 30 PHP
Jeepnej - 60PHP
Autobus do Alibag - 80 PHP i film z Angelina J.
kolejny Jeepnej do Matnog
12:00 złapaliśmy prom -315 PHP - dwa filmy z Angeliną J.
Dobiliśmy do brzegu i tu złapaliśmy od razu bardzo pełnego jeepneja.
Po 17:00 przybiliśmy do C...ech ta pamięć do nazw...
Prom na Cebu wypływał o 19:30 (690 PHP) więc zdążyliśmy zająć prycze i coś zjeść na mieście .
Płynęliśmy do 6:00 rano kołysani na falach więc spało się wybornie ;))
piątek, 18 lutego 2011
18.02 - Filipiny- pływanie z rekinami wielorybimi
O 6:00 byłam już tak wyspana, że włączyło mi się adhd więc by nie budzić M. poszłam na plażę i na kawkę na leżaki. Kawka skończona a wszyscy śpią wiec poszłam dowiedzieć się o wypad na rekinki tak poznałam dwóch Walijczyków i wspólnie zaplanowaliśmy wypad na morze. Ściągnęłam mężczyzn z łóżek i już przed 9 byliśmy na łodzi (rejestracja 300 PHP/os, łódź 3500/6os, sprzęt 200 PHP/os). Nasz przewodnik John z swoja ekipą naprowadził nas na wielorybki i już po chwili płynęłam nad łaciatym cielskiem uchylając się przed płetwą ogonową. Niesamowite! myślałam, że zobaczę cień a tu wielkie rekiny wielorybie płyną obok mnie! Nie wierzę!
Wróciliśmy podekscytowani w dalszym ciągu nie do końca mogąc w to uwierzyć. Zmęczenie dało o sobie znać - poszłam na plażę z książką a chłopcy na obiad do miasteczka. Po powrocie zjedliśmy chlebowca i mango po czym wskoczyliśmy do wody by finalnie z leżaków podziwiać zachód słońca...
czwartek, 17 lutego 2011
17.02 - Filipiny -Donsol
Wstałam o 6:00. joga, prysznic ,pakowanie i już poszliśmy szukać jeepneja na wybrzeże(60 PHP). Na śniadanie pieczone banany i już jedziemy w wozie pełnym ludzi, kogutów i...kapusty;). Komfort jazdy okropny za to widoki sielskie: pola ryżowe, dżungla, wioski z palmowych liści.
Wysiedliśmy w osadzie rybackiej i z plecorami ruszyliśmy na plażę pełną pięknych muszli, a te muszle pełne krabów pustelników zdecydowanie okazujących przywiązanie do domków. Wsiedliśmy więc w trycykle i ruszyliśmy do kurortów. Troszkę szukania i każdy dostał domek na plaży (1000 PHP). Szybki prysznic i już szliśmy na plażę podziwiając piękny ogród resortu. Po 10 m ukazała nam się piękna plaża z ...czarnym, wulkanicznym piaskiem;). Woda ciepła jak zupa i na km w głąb morza głębokości metra...popluskaliśmy się i zebrawszy chłopaków ruszyliśmy do osady na obiad.
Na targu rybnym kupujemy dwa wielkie tuńczyki (120 PHP), które przyrządza nam w pobliskim barze gospodyni. Sanepid dostał by tu załamania nerwowego. Na deser zjadamy lody na przydrożnym straganie i wracamy padnięci do domków...wieczór cichy ... relaksujący;)
Wysiedliśmy w osadzie rybackiej i z plecorami ruszyliśmy na plażę pełną pięknych muszli, a te muszle pełne krabów pustelników zdecydowanie okazujących przywiązanie do domków. Wsiedliśmy więc w trycykle i ruszyliśmy do kurortów. Troszkę szukania i każdy dostał domek na plaży (1000 PHP). Szybki prysznic i już szliśmy na plażę podziwiając piękny ogród resortu. Po 10 m ukazała nam się piękna plaża z ...czarnym, wulkanicznym piaskiem;). Woda ciepła jak zupa i na km w głąb morza głębokości metra...popluskaliśmy się i zebrawszy chłopaków ruszyliśmy do osady na obiad.
Na targu rybnym kupujemy dwa wielkie tuńczyki (120 PHP), które przyrządza nam w pobliskim barze gospodyni. Sanepid dostał by tu załamania nerwowego. Na deser zjadamy lody na przydrożnym straganie i wracamy padnięci do domków...wieczór cichy ... relaksujący;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)