Rano jemy cudowne śniadanie z pyszną, tutejszą kawą - w końcu normalna kawa!!!;))). W smaku interesująca - nie tak klarowna do jakiej przywykliśmy, ani tak kwaśna jak lubimy w Polsce;)). Ja czuję w niej jakąś sugestię tutejszego pyłu i wilgoci - naprawdę specyficzna;).
Ostatni rzut oka na miasteczko i ładujemy się do wypełnionego po brzegi jeepneja. Godzinę tłukliśmy się w kurzu do Bontog. Mamy czas do 15:30 więc zwiedzamy miasteczko i trafiamy do muzeum łowców głów - naprawdę ciekawe z prowizoryczną wioską w ogrodzie muzeum.
Ludzi nie jedli ale głowy zbierali jako trofea;).
Autobus już czekał (650 PHP) i zaczęła się długa podróż do Manili. Ciepło nie było ale nie tak mroźno jak w liniach Floryda. W nocy 2:00 dotarliśmy do Manili , dobiliśmy zbyt zaspani by zorientować się w lokalizacji. Złapaliśmy taxówkę , która zawiozła nas do naszego poprzedniego pensjonatu. Tym razem zadbaliśmy o taxometr by nie niszczyć sobie nerwów (120 PHP). Niestety, jest święto narodowe i wszystko jest zajęte. chodzimy po okolicy szukając wolnych pokoi w końcu znajdujemy bardzo fajną czwórkę z łazienką i nieograniczoną ilością gorącej wody. Chłopcy idą od razu spać ja za to odmakam. Klima jest dziwna jest mi przy niej słabo. zasypiam zmęczona ale czysta;).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz