poniedziałek, 14 lutego 2011
14.02 - Filipiny - Manila
O poranku lądujemy na lotnisku w Manili przyjęci w nowiutkim terminalu. Siadamy przy kawie i planujemy dalsze posunięcia. Kurs dolara słaby więc wypłacam pieniądze z bankomatu. Teraz taksówką do Malate (200PHP) gdzie w skwarze porannego słońca szukamy hostelu. Okazało sie to trudniejsze niż sądziliśmy. Połowa hosteli liczy dobę co 12 godzin a warunki oferują raczej średnie a jednak wszystkie są przepełnione. Coś jednak nad nami czuwa bo trafiamy do czyściutkie hotelu z klimatyzacją (oczywiście zimna woda i wspólne łazienki) (980PHP za dwójkę). Z radością bierzemy zimny prysznic i odpoczywamy po podróży. Wypoczęci wyruszamy na podbój brudnej i zatłoczonej stolicy Filipin. Na sąsiedniej ulicy (dosłownie) jemy pyszne 'coś' z ryżem. Szybciej identyfikowalne są potrawy mięsne. Potrawy warzywne, które preferuję bardzo często są dla mnie tylko pyszną zagadką. Całe następne dwa tygodnie właściwie będziemy się żywili w taki sposób i żadnych reperkusji gastralnych nie doświadczyliśmy - wniosek: czlowiek strawi wszystko byle dobrze wygotowane;)))
Udajemy sie do twierdzy Interamuros (wstęp 75 PHP) - spacerując po pięknych ogrodach doceniamy uroki portugalskiej architektury. Następnie mamy przyjemność odwiedzić katedrę i kilka kolonialnych budynków o przeznaczeniu klasztorno-wystawienniczym. Po mieście poruszamy sie jeepnejami, których elastyczność i sposób jazdy wprawia nas w zdumienie (8 PHP za kurs).
Wieczorem udajemy się do Chinatown. Mijając bramę nad rzeką wkraczamy w magiczny świat chińskiej dzielnicy. Z zachwytem oglądamy przystrojone domy i owoce na stoiskach (połowy nie rozpoznajemy). Jemy w jednej z restauracji pyszną zupę i podekscytowani wracamy do hotelu by uraczyć sie kupionym po drodze przez Bogdana filipińskim rumem. Rum nie jest górnych lotów, za to za 2 zł można kupić 375ml.
Jest w dalszym ciągu parno a my próbujemy przestawic sie do różnicy czasu....
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz